Żarna rewolucji
O spektaklu „Farma” z Akademii Teatralnej „Sofia Amendolea” w Rzymie pisze Piotr Piotrowicz

Żarna rewolucji

Podczas gdy widzowie wchodzą do Teatru Collegium Nobilium, włoska grupa już działa na scenie, zawczasu pozbawionej wszystkich kulis, ogołoconej do samych ścian. Ubrani w przybrudzone, porozciągane, połatane, niegdyś białe stroje, aktorzy nucą melodię przywodzącą na myśl pieśni niewolników z południa. Do tego ruch: wykonywana wspólnie prosta choreografia pracy w kopalni – kucie skały kilofami, popychanie wózka z urobkiem, wiercenie. Wszystko w ogromnym znoju i wielkim nerwowym napięciu. Po chwili, w zgodzie ze zmieniającym się motywem muzycznym (wykonywaną na żywo pieśń zastępuje niespodziewanie elektroniczna, psychodeliczna nuta) wyrobnicy porzucają pracę i zakładają zwierzęce maski oraz rękawiczki. Formują grupowy nieruchomy układ. Metafora jest prosta, nie pozostawia miejsca na wątpliwości.

Co do zasady, nic się już nie zmieni. „Farma” poprowadzona jest konsekwentnie jako przedstawienie oparte na grupowych układach choreograficznych o różnym stopniu złożoności i sile wyrazu, uzupełnionych śpiewem oraz wstawkami dramatycznymi. Ekspresyjny styl gry ociera się miejscami o plakatowość. Ale przecież nikomu nie chodzi tu o wprowadzanie cieniowania czy wysubtelnianie historii, zaczerpniętej w głównej mierze z „Folwarku zwierzęcego” George’a Orwella.

Ta ostatnia została rozbita na cztery strukturyzujące przedstawienie części: Niewolnictwo, Rewolucję, Wolność i wreszcie Demokrację. Wszystkie wzięte razem składają się na alegoryczną opowieść o zniewolonej wspólnocie, która nabierając stopniowo – w wyniku cierpień i wyzysku – samoświadomości, decyduje się na obalenie tyrańskich rządów Pana-Farmera, ucieleśnionego przez bohatera starej dziecięcej przyśpiewki – Starego McDonalda.

Przewrót oczywiście się udaje. Co jednak robić potem? Jak wykorzystać wywalczoną, upragnioną wolność? I co to w ogóle znaczy być wolnym? Odpowiedzi udzielone przez Włochów są przewrotne. Wolność to odpowiednio: wolność do bycia głodnym, wolność do pracy oraz wolność do życia w strachu czy posiadania wroga. Bardzo szybko zrewoltowane zwierzęta przekonują się, że nie da się uciec od pracy, a za byciem wolnym idzie zdecydowanie więcej odpowiedzialności i niepewności niż komfortu.

Naiwna wspólnota dostaje się pod wpływ sprawnych demagogów, umiejących obrócić demokratyczne procedury przeciw samej idei demokracji i w końcowych sekwencjach sama decyduje się oddać stery nowemu suwerenowi – świni Kleopatrze. A więc koniec końców czeka nas gorzka refleksja – wolność to przede wszystkim wolność do oddania się w niewolę.

Nie da się w tym miejscu nie wspomnieć o jeszcze jednej płaszczyźnie przedstawienia. Poza przypowiastką o żarnach rewolucji mielących powoli, ale skutecznie ideały równości i samorządności, „Farma” jest również głosem zabranym w dyskusji o okrutnym traktowaniu zwierząt przez przemysłowych hodowców. Wybrzmiewającym chyba najsilniej (nawet pomimo pewnych niedostatków warsztatowych włoskich aktorów) wtedy, gdy często ocierające się o naiwność obrazowanie łączy się z naturalistycznym, brutalnym opisem np. ogłuszania i zabijania za pomocą strzału z pistoletu bolcowego tucznej świni. Jak napisał Arystoteles: człowiek to zwierzę rozumne. Orwell dodaje ustami Majora, starego knura: żadnemu zwierzęciu nie wolno zabić innego.

Farma, fot. Bartek Warzecha