Kwestie narodowe i cyfrowe
Relacja z drugiego dnia festiwalu.

Kwestie narodowe i cyfrowe

Gdyby Michał Murawski, autor i wykonawca Kontekstów, przypadkowo trafił do któregoś ze światów wczorajszych przedstawień konkursowych, wyszedłby z tego dotkliwie poobijany. W delikatnej, podszytej nienachalnym humorem etiudzie teatru animacji przedmiotu podjął próbę odnalezienia pełnej równowagi. Rozpoczął od szukania idealnego ustawienia dla normalnych rozmiarów stolika i taboretu z jasnego drewna, a następnie dołączał do nich kolejne przedmioty, tylko że jak gdyby znalezione w gabinecie miniatur: malutki stolik, prosty kijek i niewielką piłeczkę. Pierwszym etapem poznania każdego pojawiającego się animantu było sprawdzenie jego brzmienia. Stoliczek cicho, ale przenikliwie piszczał przesuwany po blacie swojego większego kuzyna. Piłka dawała szansę zarówno na krótkie odbijanie, jak i przeciągłe szuranie. Wszystko odbywało się niespiesznie, ale w pełnym skupieniu. Różne rytmy pojawiały się i zanikały. W końcu pojedyncze dźwięki złożyły się w specyficzne perkusyjne solo, po którym Konteksty przeistoczyły się w badanie możliwości obejścia praw grawitacji.

fot. Marta Ankiersztejn

Murawski przewrócił duży stół do góry nogami i ustawiał na nim pozostałych „bohaterów”, szukając coraz trudniejszych kompozycji. Materia i fizyka stawiały opór. Czasem coś spadło i trzeba było zacząć jeszcze raz, czasem znalezienie właściwego położenia wymagało czasu. Występujący na czoło animatora pot uzmysławiał wysokość stawki każdej kompozycji. Po takim wysiłku konieczna była chwila wytchnienia. Stół wrócił na właściwe miejsce, stając się polem gry w mini-golfa i mini-bilard. Jednak pełen oddech nastąpił dopiero, kiedy animanty pozostały na scenie same, a lalkarz zasiadł z nami w pierwszym rzędzie i pozwolił sobie na chwilę kontemplacji figury, która niepostrzeżenie przemieniła się w abstrakcyjną instalację.

Nazywam się Mak. Jozef Mak

Na takie subtelności nie było miejsca w przedstawieniu gości zza naszej południowej granicy. AniMak to, podobnie jak włoska Maszyna Pinokia…, wyrazista i krytyczna wypowiedź na temat własnego narodu. Nie wiem, jak odebrali to studenci z innych szkół, ale do mnie nieuchronnie powracały analogie pomiędzy rozpoznawalnymi sytuacjami, w których „polskość” i „słowackość” okazywały się niewiele od siebie różniące.

Przedstawienie miało trzy dość wyraźnie różniące się od siebie części. Początek był formalny – dominował zanurzony we fioletowym świetle fragment z układem ruchowym, w którym sztywno i gęsto zapętlono gesty znane z codzienności ulicznej: pozowanie do selfie, ćwiczenia gimnastyczne, przechadzanie się z walizką na kółkach… Dalej spektakl miał formę serii obyczajowych scenek – jednych całkiem zabawnych, innych sprawiających wrażenie niepotrzebnie przegadanych. Zobaczyliśmy dyskusję w transporcie publicznym o braku zaangażowania młodych ludzi w politykę zakończoną pyskówką z kontrolerem biletów, babskie pogaduchy o aktualnych trendach lifestyle’owych, męskie przechwałki na siłowni czy plotkowanie na temat wspólnych znajomych w przedziale pociągu. Stopniowo odsłaniało się, że nie są to przypadkowe etiudy aktorskie, lecz istnieją relacje pomiędzy poszczególnymi postaciami. Kulminacją tego był długi fragment w mieszkaniu Jozefa Maka (Andrej Polakovič). Na jaw wyszło, że facet z siłowni (Filip Sirotiar) to jego brat-kulturysta, który wprowadził się niespecjalnie mile widziany do kupionego za ciężko zarobione pieniądze ze swoją popijającą z piersiówki o poranku partnerką (Adriána Gandžalová). Zycie rodzinne Jozefa zostało wystawione na ciężką próbę i kryzys w rodzinie był nieunikniony. A do tego jego partnerka zaszła w ciążę…

fot. Karolina Jóźwiak

Wzajemne oskarżenia i brak zaufania znalazły całkiem niespodziewany finał. W Jozefie Maku obudził… polityk o nacjonalistycznych przekonaniach. Podczas wygłaszanego na podwyższeniu przemówienia znajdował coraz większy poklask, wymieniając różne kurioza, jak budowanie autostrady przez ponad siedemdziesiąt lat czy praca za marne pieniądze, w czym jednak ostatecznie chciał zobaczyć powód do dumy z bycia Słowakiem. Można powiedzieć, że była to południowa wersja „wstawania z kolan” czy „polityki godnościowej”.

Następny zwrot akcji. Przedstawienie porzuciło realistyczne scenki i przeszło w szereg nieomal wizyjnych obrazów: była rozstrajająca się pieśń ludowa, seria monologów o potrzebie (lub jej braku) powrotu do własnych korzeni, pojawiły się sceny nieme, jak przeciąganie liny Jozefa z… siłami piekielnymi? Trudno było się w tym wszystkim połapać i zarazem nie sposób oprzeć wrażeniu, że być może z części rozwiązań można było zrezygnować. Że mamy kilka kulminacji i point, które wzajemnie się osłabiają.

Reżyserka Petra Kovalčíková pokazała bardzo przyziemny świat, z tak zwanymi „problemami zwykłych ludzi”. W kontrze ustawiła intrygującą, bezimienną postać graną przez Andreę Juhásovą. Była niemym świadkiem większości scen. Czasem się przysłuchiwała, czasem jedynie siedziała z tyłu pod odwzorowującą kształt Słowacji blachą z wyciętym w środku przejściem. Nie mówiła wiele, ale ewidentnie na tle pozostałych była „niezwykła”. Jej przenikliwe spojrzenie taksowało zarówno widzów, jak i bohaterów. Czy była na przykład wewnętrznym głosem Jozefa albo swego rodzaju… słowackim sumieniem? Dla mnie to pytanie pozostaje bez odpowiedzi, niemniej to jej osobność wydała się najcenniejszym elementem przedstawienia z Akademii Sztuk w Bańskiej Bystrzycy.

Osamotnieni

Do etykiety „ludzi z problemami” (tylko że młodszych) można by sprowadzić występ performerów z monachijskiej Akademii Teatralnej Augusta Everdinga. Ale zrobić to mógłby tylko ktoś ślepy na entuzjastyczne przyjęcie, z jakim spotkał się ich spektakl Close Up. Na scenie jeżdżące na kółkach pianino, kilka podestów i kineskopowych telewizorów. I tyle. Natomiast pomiędzy tą skromną scenografią pokaz umiejętności zarówno solowych, jak i zespołowych niemieckich artystów. Nie potrzeba było muzyki house, żeby rozsadzali przestrzeń tańcem na skraju groteskowości. Para performerów walcząca o klawisze pianina. Samozwańczy lider, który chciałby zostać „Führerem” grupy. Młody chłopak, którego matka wychowała zachęcając do oglądania setek art-house’owych filmów. W relacji z dziewczyną bardziej od spotkania pragnął nieustannego kontaktu telefonicznego. To tylko część z galerii postaci, które pojawiły się w przedstawieniu posługującym się w sposób typowy dla zachodnich teatrów różnymi środkami wyrazu. Tutaj performer jest równocześnie aktorem, muzykiem i tancerzem, który korzysta ze swojego ciała jako jednego z równoprawnych środków ekspresji. I reżyserka Katja Wachter z tych licznych możliwości nie bała się skorzystać. Dlatego sceny w Close Up, które początkowo można było uznać za dialogowe, w dowolnym momencie stawały się czymś innym – tanecznym duetem czy zostawały wchłonięte przez grupową choreografię, wahającą się między pełnym zgraniem a równoczesnymi solówkami. Kiedy słowa stawały się niewystarczające, pojawiało się miejsce dla języka ciała. A wszystko to przy radykalnych zmianach tonacji – od liryczno-ironicznego przeboju (They Long To Be) Close To You zespołu Carpenters przy akompaniamencie ukulele po krzykliwy monolog wprost do widzów o powracającej jak refren potrzebie bliskości.

fot. Karolina Jóźwiak

Bo bohaterowie Close Up są jak wirujące atomy, które zderzają się, mijają, ale nigdy nie tworzą jednolitej struktury. Oddzieleni od siebie ekranami i rozmaitymi komunikatorami, przebodźcowani, zagubieni w natłoku informacji nie potrafią się odnaleźć. Mimo niezliczonych łączy nie wiedzą, jak połączyć się z drugim człowiekiem w sposób nie tyle pospolicie fizyczny, co realny. Jak zawiązać autentyczną więź. Dlatego o drugiej nad ranem wpadają w depresję, usuwają konta z Facebooka, nie mogą spać, oglądają robiącą wodę z mózgu telewizję. W takim kontekście szalejąca w przejściu podziemnym Isabelle Adjani z filmu Opętanie Andrzeja Żuławskiego może stać się niedościgłym wzorem kogoś, kto jest w stanie coś przeżyć, odczuć, poczuć. Nawet w tak nieokiełznanej formie. Im nie jest potrzebny lider – im jest potrzebny człowiek.

 

Jan Karow