Finał
Relacja z ostatniego dnia festiwalu.

Finał

Nim nagrody zostały rozdane i można było rozpocząć długie dyskusje na temat poszczególnych decyzji jurorów [1], dwie sceny Akademii Teatralnej – sala im. Jana Kreczmara oraz Teatr Collegium Nobilium – po raz ostatni udostępniły swoje przestrzenie uczestnikom festiwalu. Oba pokazy zostały przygotowane przez studentów naszej uczelni i nie uczestniczyły w konkursie, ale ich przyjęcie mogło być wyłącznie powodem do satysfakcji.

Gdzie jest Dziobski?

Odmęt w reżyserii Marka Idzikowskiego miał dwie odsłony. Początkowe minuty były niemą ekspozycją, w której przedmioty towarzyszące Michałowi Ferencowi funkcjonowały poza jakąś czytelną narracją. Lalkarz animował foliowy worek, drewnianą ptasią główkę, niebieski koc, kawałek sznurka, latarkę, małego kartonikowego ludzika – swoje alter ego… Chodziło o sprawdzenie drzemiących w nich jako animantach możliwości, a nie budowanie opowieści. To się jednak zmieniło. Wraz z pojawieniem się gąbczastego Gęby Gębusia Ferenc zdecydowanie bardziej rozgadał się, a stół przestał być wyłącznie meblem i przemieniał się co chwilę w wyspę, sklepienie jaskini, niewielki okręt albo siedzibę podmorskiego stwora-czarnej rurki. Całość natomiast stała się iście przygodową opowieścią, prowadzoną w szybkim tempie, z licznymi zwrotami akcji i klimatyczną, wykonywaną na żywo (gitara akustyczna) muzyką. Atmosfera sięgnęła zenitu, kiedy powodzenie morskiej wyprawy zaczęło zależeć od siedzącej w pierwszym rzędzie profesor Anny Kuligowskiej-Korzeniewskiej. Na szczęście udało się pochwycić linę i dobić do brzegu – wszyscy mogli odetchnąć z ulgą…

fot. Marta Ankiersztejn

Święto

Wszyscy wiemy, że dobry support przed koncertem potrafi zdziałać cuda. I właśnie tak można spojrzeć na ceremonię zamknięcia dziesiątego Festiwalu ITSelF. Emocje towarzyszące ogłaszaniu laureatów były wielkie (szczególnie u Anastazji Hluschak, jednej z głównych bohaterek ukraińskiego W drodze do baśni). Kolejne pojawienia się na scenie Wieniamina Filsztynskiego – z racji licznych wyróżnień (w tym nagrody publiczności) dla Naszej klasy – i jego interakcje z tłumaczami wywoływały kolejne wybuchy śmiechu, ale rozgrzać do czerwoności atmosferę w TCN-ie udało się już wcześniej. Oratorium o mleku doprowadziło do istnej imprezy na widowni, a skaczący tłum na balkonach mógł wywołać drżenie, czy aby na pewno nawiązujące do przeszłości rozwiązania architektoniczne wytrzymają taką energię…

fot. Karolina Jóźwiak

Nie przepadam za nawiązaniami do sztuki ludowej. Wszelkie „cepelie” budzą moją niechęć. Nie słucham pseudo-ludowych zespołów muzycznych. W ogóle kiedy słyszę słowo „folklor”, od razu się dystansuję. I wszystkie te kwestie, które pewnie można uznać za uprzedzenia, miały się nijak wobec widowiska na podstawie autorskiego scenariusza i w reżyserii Sławka Narlocha.

Pozwalam sobie napisać o reżyserze tego spektaklu w zdrobniałej formie, ponieważ w swobodnym tonie tej ostatniej ITSelF-owej relacji nie widzę sensu kryć, że znamy się i przez jakiś czas nawet razem studiowaliśmy – zanim Sławek zamienił wiedzę o teatrze na reżyserię. I chwała Panu, że to zrobił! Bo zarówno inne jego prace, jak i Oratorium…, dowodzą rzeczy niezwykle istotnej. Cechującej tych, którzy nie zajmują się li tylko „robieniem sztuki”, ale których można nazwać artystami. Są szczerzy. Nie ma Sławku krzty koniunkturalizmu, nie ma przejmowania się tak zwanymi „modami” czy tym, co wypada, a co nie i Oratorium… jest tego świadectwem.

Bo to przedstawienie stojące w pewnym sensie w poprzek niemal wszystkiemu, co jest w centrum zainteresowań krytyki: jest wywiedzione z tematyki religijnej, nie boi się poetyckiego języka, pamięta o atrakcyjności dzieła, nie angażuje się w bieżącą publicystykę, odwołuje się do rodzimych (wiejskich!) tradycji. (Nagroda jury dziennikarskiego dla AniMaku, zaangażowanego politycznie spektaklu ze Słowacji, jest tego pierwszym z brzegu świadectwem). I co z tego? W opowieści o lubiącym chleb ze smalcem i ogórki Judaszu (Sebastian Figat), jego Matce (Katarzyna Lasota) i Dziewczynie (Justyna Fabisiak) oraz… Jezusie (Adam Graczyk) zostaje stworzony świat. Ktoś powie, że fragmentaryczny albo naiwny. A nawet jeśli, to jest to nasza naiwność, nakazująca zasłaniać albo odwracać tyłem figurki świętych, żeby nie widzieli grzechów domowników. Albo że to właściwie tylko kilka scenek… Tylko że w tych kilku naiwnych scenkach jest więcej teatru niż w niejednym poważnym przedstawieniu.

fot. Karolina Jóźwiak

Historia Judasza dzieje się na wsi. Poznajemy go w chwili narodzin – rozstajemy się wraz ze śmiercią Matki. Kiedy „między duszą a ciałem nić” zostaje przerwana. Po drodze dokazują sobie bardzo ludzcy Anioł (Justyna Kowalska) i Diabeł (Filip Krupa), Judasz i Dziewczyna Judasza – jako sobie przeznaczeni, oczywiście – zakochują się, przy współpracy widzów cieli się krowa Mućka, a Diabeł uczy Judasza siać ziarno. Błyskotliwość opowiedzenia tej prostej, wielokrotnie przyziemnej opowieści polega tu na przeprowadzeniu jej w części przez znakomitą muzykę Jakuba Gawlika i jego licznego zespołu (czekam na płytę!). Piosenki w najróżniejszych stylach (jazz, bossa nova, muzyka klezmerska…) wykonują wokalistki i wokaliści, będący „drugimi głosami” scenicznych postaci: Judasz – Jan Marczewski, Matka Judasza – Monika Świtaj-Milczarek, Jezus – Jan Luksus Bogdaniuk, Anioł – Magdalena Czuba, Diabeł – Patryk Pawlak, Dziewczyna Judasza – Jowita Kropiewnicka. To za ich sprawą i kierowanego przez Gawlika zespołu Oratorium… jest oratorium nie tylko z nazwy oraz staje się jakąś bardzo współczesną, zjednującą sobie widzów, wymykającą się klasyfikacjom formą teatralną. Kilka surowych rekwizytów (drewniane skrzynki, gruby sznur, diabelskie i anielskie skrzydła z kory) nadaje całości swojskiego charakteru, a jednocześnie dowodzi kreowania scenicznego świata w sposób konsekwentny. Świata bardzo prostego, a przez to przystępnego dla szerokiej widowni.

Dlatego oglądając to niecodziennie żywo odbierane przedstawienie miałem tylko jedno zmartwienie: czy w naszym systemie znajdzie się miejsce na taki teatr? Czy znajdą się dyrektorki i dyrektorzy, których mądrość będzie polegała na tym, że zapewnią odpowiednie warunki i dadzą wolną rękę, czy też Sławek będzie mógł swobodnie działać jedynie w Pijanej Sypialni – niezależnym teatrze, który od lat prowadzi? Międzynarodowe jury było zachwycone, więc można mieć nadzieję.

I to by było na tyle. Jubileuszowy ITSelF przeszedł do historii. Mam nadzieję, że mimo notorycznego niedofinansowania, doczekamy się kolejnych edycji jedynego tego typu festiwalu. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, nie będę już wtedy studentem Akademii Teatralnej, ale może tym bardziej będę chciał tu wrócić.

Dziękuję uczelni za pozostawienie mi pełnej wolności w przygotowywaniu kolejnych relacji. Bardzo szybko i samoistnie nabrały kształtu swego rodzaju dziennika z notowanymi niemal na gorąco wrażeniami. Nie pisałem wcześniej w ten sposób o teatrze, więc było to zarazem wyzwanie i radość tworzenia. Do przeczytania!

Jan Karow

Przypisy:

[1] – całość werdyktu tutaj: http://www.e-teatr.pl/pl/artykuly/281009.html