„…a potem niech wali się świat”
Relacja z czwartego dnia festiwalu.

„…a potem niech wali się świat”

Festiwalowa niedziela była długim i różnorodnym dniem. Zobaczyliśmy rozmaite formy, których zasięg sięgał od farsy po współczesną tragedię. Kontynuując próbę wyławiania wspólnych motywów, tym razem pierwsze, co przychodzi na myśl, to nacisk na punkt widzenia postaci młodych. W opowiadanych wczoraj historiach mieli albo kluczowe znaczenie, albo stanowili przynajmniej jeden z ważnych elementów narracyjnej układanki.

Tamte dni…

Nie przypuszczam, żeby Luca Guadagnino, reżyser kinowej ekranizacji Call Me By Your Name (Tamte dni, tamte noce) miał okazję przeczytać opowiadanie Jarosława Iwaszkiewicza, a tym bardziej widzieć jego teatralną wersję w reżyserii Ewy Galicy. A szkoda, bo może odnalazłby coś dla siebie zarówno w jednym, jak i drugim przypadku. Bo Nauczyciel był podobną opowieścią o dorastaniu i budzeniu się chłopięcej seksualności.

Do trzech braci, wychowujących się gdzieś poza miastem, przyjechał nowy nauczyciel, pan Kazimierz. Dotychczasowe psoty i gra w piłkę pozostały raczej takie same, ale zmieniło się coś w najstarszym z chłopców, Felku (Mateusz Trojanowski). Zauważenie przez przybysza jego szkiców architektonicznych, lekcje łaciny, wspólne przepytywanie się z wiedzy ogólnej – wszystko to, odbywając się w coraz mniejszym dystansie, musiało doprowadzić do przesilenia. Starszy mężczyzna pewnie nie miał świadomości, jak daleko się posuwa, całując raz na pożegnanie chłopca w czoło. Naśladowanie nauczyciela przez chłopca straciło niewinność; niewinność straciło również ciało chłopca – nagle wysyłające niespodziewane sygnały, budzące się do odczuwania pragnienia. Felek nie miał za bardzo jak się z tym podzielić z młodszymi braćmi, szansy na to nie dawała również chorująca, obecna jedynie głosem matka. Brak umiejętności poradzenia sobie z rozczarowaniem doprowadziło do tragicznego finału.

fot. Marta Ankiersztejn

Choć wydaje się, że finał ten mógłby być wcześniej. Bo chociaż udało się fajnie zbudować młodzieńczą aurę, z energią i bez przejmowania się zdrowym rozsądkiem, to jednak z każdą kolejną sceną gdzieś uchodziło powoli powietrze. Warto byłoby przyjrzeć się jeszcze raz, czy nie dałoby się jakiegoś fragmentu skrócić czy w ogóle z niego zrezygnować, nie raniąc przy tym opowieści.

Kinomaniacy

Filmy Guadagnino, jak i niewątpliwie wiele innych, widział Maciej Stuhr, który kolejny raz przygotował ze studentami trzeciego roku aktorstwa dwie krótkometrażówki na podstawie własnych scenariuszy. Miejsce na ich premierę udało się załatwić więcej niż godne. Sala Kina Muranów była wypełniona niemal w całości, z czego gro stanowili znajomi, co nadaje takim pokazom absolutnie niepowtarzalną atmosferę. No bo jak ktoś przypadkowy miałby zrozumieć salwy śmiechu wywołane przez czyjąś wydawałoby się zwyczajnie skupioną twarz w zbliżeniu albo krótki dialog, na który na papierze pewnie nikt nie zwróciłby aż tak uwagi? Ale ma to swój urok i można mieć tylko nadzieję, że uda się Stuhrowi nakręcić ze studentami kolejne filmy. A może i spróbuje kiedyś nie tylko ze studentami, bo wydaje się, że realizuje się w tej materii coraz lepiej.

A jaki był Krwawy dziekanII koncert na wiolonczelę? Nie mam pojęcia, bo bawiłem się podobnie świetnie jak reszta publiczności. Nie podejmę się nawet próby jakiejś wnikliwszej analizy. Mogę co najwyżej nakreślić ich zarys. Oba filmy były zrobione w różnych konwencjach. Krwawy dziekan igrał z rozwiązaniami znanymi z trzeciorzędnych, amerykańskich horrorów o grupkach młodych ludzi, które trafiają w niebezpieczne miejsce i muszą rozpocząć nierówną walkę o przetrwanie. Bo gdzieś czai się psychopata i chce ich wszystkich wyrżnąć. Niewiele inaczej było tutaj. Mieliśmy bardzo wyrazistych bohaterów, miłostki pomiędzy nimi i wszystko to działo się murach naszej Akademii, co jeszcze bardziej podkręcało zabawę.

Ewa (Natalia Jędruś), w przeciwieństwie do reszty, nie dostała tajemniczego sms-a, ale i tak przyszła do szkoły. Opustoszałe korytarze i leżące nieruchomo ciała podpowiadały, że coś jest nie tak. W końcu odnalazła w jednej z sal pozostałych ocalałych i rozpoczął się pojedynek z tytułowym przeciwnikiem. Na śmierć i życie. O być albo nie być. Wpleciono w niego fragmenty dobrej literatury jak Shakespeare czy Marquez, bo żeby przeżyć w AT, musieli zaliczyć ostatni egzamin. Nie wszystkim udało się wyjść z tego cało…

W przypadku drugiej produkcji nawet tak rozemocjonowana widownia trochę się uspokoiła. Bo mieliśmy do czynienia w gruncie rzeczy z filmem bardzo intrygującym w formie. Połączono historię zaczerpniętą z dziennikarskiego reportażu z wizualną ilustracją tytułowej kompozycji Pawła Mykietyna, co wymusiło dopasowanie scenariusza do przebiegu utworu. W filmie nie padło żadne słowo, ale historia walki młodego mężczyzny po udarze (Piotr Kramer) i grupy jego przyjaciół o prawo chorego do samostanowienia o sobie, którego chciała pozbawić go żona (Dorota Bzdyla) nic na tym nie ucierpiała. Wręcz przeciwnie, postaci zyskały niecodzienną niejednoznaczność i żadna decyzja nie była tutaj biało-czarna. Ale powiedzmy sobie szczerze – film ten nie przejdzie do historii ani z powodu swojej błyskotliwości, ani dobrej gry aktorskiej czy muzyki Mykietyna. Zostanie zapamiętany przez cameo prof. Andrzeja Domalika jako specjalisty od alternatywnych metod leczenia. Z mojej strony krótko: padłem.

Bąk

Nim jednak nastąpił ten filmowy finał dnia, zobaczyliśmy wcześniej dwa przedstawienia konkursowe. Ich umiejscowienie w programie obok siebie mogło dać do myślenia, jak różnymi tematami może zajmować się teatr. Jak szerokie może być jego pole zainteresowań. Bo trudno o większy dystans niż historie wzajemnych zdrad małżeńskich i nieradzenia sobie z wychowaniem dzieci oraz rozciągnięte na przestrzeni wielu lat losy uczniów jednej klasy, które wpleciono w opowieść o pogromie Żydów.

Dzieci u władzy ze Słowenii to coś, czego przygotowania w naszym szkolnictwie teatralnym chyba mało kto by się podjął. Wielu zastanawia się nad tym, co to znaczy „przedstawienie dyplomowe”, a łódzki festiwal nie pomaga znaleźć odpowiedzi na to pytanie. Niemniej raczej rzadko próbuje się u nas zrobić coś mniej poważnego. Jak już robi się komedię, to co najwyżej Shakespeare’a, w której przecież często nie o śmiech chodzi. Natomiast przedstawienie w reżyserii Luki Marcena wparowało w te przeświadczenia, będąc przede wszystkim niebojącą się przaśnego humoru farsą.

fot. Marta Ankiersztejn

W centrum opowieści znajdował się Zmago, dziewięcioletni chłopiec, zaskakująco dojrzały jak na swój wiek, któremu zorganizowano przyjęcie urodzinowe. W trakcie całego dnia przy pomocy przyjaciółki Esterki obnażał powoli hipokryzję swoich rodziców, których pozornie dobry wizerunek rozpadał się wraz z usuwanymi ścianami stojącego na środku sceny pokoju. Pełno było wzajemnych zdrad i braku zaufania, a eleganckie stroje były jedynie opakowaniem, mającym przykryć ich prostactwo i brak gotowości do szczerej rozmowy.

Sytuację jeszcze bardziej skomplikowało przybycie postaci, dla której trudno mi znaleźć adekwatny przymiotnik. Do bohaterów dołączyła kobieta, która w sytuacji zagrożenia albo w przypływie silnych emocji nadzwyczajnie głośno i smrodliwie… pierdziała. A przynajmniej przekonywała wszystkich, że te kwestie są za sobą połączone. Żeby było ciekawiej, niezwykłość kobiety okazała się fascynująca i pociągająca dla Charlesa, sprawcy większości zdrad, który zapragnął zbliżenia z taką „śmierdziuszką” i ostatecznie doprowadził do trójkąta, w którym znalazło się również miejsce dla jego żony…

Brzmi to wszystko być może dość grubo, jakbyśmy kolokwialnie powiedzieli, ale takie też było. Zaglądanie do cudzych łóżek, gazy, a to wszystko z wrzutkami o charakterze nacjonalistycznym – o potrzebie walki i oddawania krwi za ojczyznę. Oryginalna mieszanka, która jednak nie przypadła raczej do gustu widzom, być może uważającym, że niegodnie jest śmiać się z takich rzeczy.

Ich lekcja

Wyzwalający śmiech pojawił się natomiast kilkakrotnie w trakcie Naszej klasy z Rosyjskiego Państwowego Instytutu Sztuk Scenicznych, która po ostatniej scenie wywołała najpierw burzę oklasków, by już po chwili przejść w owację na stojąco. Co nie zmienia faktu, że na palonym po przedstawieniu papierosie usłyszałem również kilka (nawet bardzo) sceptycznych głosów. Mnie jednak przedstawienie kilkakrotnie poruszyło, będąc przykładem oszczędnego w środkach, opartego przede wszystkim na aktorze teatru, który jest mi bliski. Szczególnie pierwsza część przedstawienia, dotycząca losów uczniów i uczennic jednej klasy przed i w trakcie II wojny światowej zrobiła duże wrażenie. Grający głównie na proscenium, frontalnie do widzów aktorzy stworzyli wyraziste postaci, które potrafiły nieść opowieść zarówno w pojedynkę, jak i w partiach zbiorowych, gdzie różne wykonywane na żywo pieśni posuwały akcję do przodu i odpowiadały upływowi lat. Jednak główna siła tej inscenizacji polegała na nieilustrowaniu najdrastyczniejszych fragmentów tekstu Tadeusza Słobodzianka, dotyczących przemocy na Żydach w nienazwanym miasteczku, którego dokonywali ludzie siedzący z nimi jeszcze niedawno w jednej szkolnej ławie. Opisy bicia czy gwałtów jakby zwalniały rytm przedstawienia, będąc zwyczajnym czytaniem fragmentów z książki, której każda postać miała swój egzemplarz. Dopowiedzieć obraz trzeba było sobie samemu w wyobraźni.

fot. Marta Ankiersztejn

Poza aktorami, spośród których wydaje mi się byłoby krzywdą kogoś szczególnie wyróżnić, należy docenić niecodziennie sprawną pracę młodej reżyserki Darii Shaminy. Dwie godziny w teatrze dwóm godzinom często są nierówne. W tym przypadku wykorzystano ten czas niemal do maksimum. Na scenie po bokach były jedynie dwa wieszaki z czekającymi na swoją kolej kostiumami i krzesła – po jednym dla każdego z dziesięciorga aktorów, których imiona postaci zapisane były grażdanką na horyzoncie z mapą II RP. Tam też pojawiło się kilka historycznych nagrań z wizerunkami między innymi Hitlera i Stalina, które dla mnie pokazywały, że nikt tu nie próbował wyabstrahować dramatu Słobodzianka z rzeczywistej historii. Świadczyły o tym również zawieszone na ścianach sceny i widowni niebieskie tabliczki z imionami ofiar pogromu. Kolejne fragmenty przechodziły płynnie jeden w drugi, z pauzą jedynie tam, gdzie chciano by dany fragment dłużej wybrzmiał. A prostota inscenizacji śmierci kolejnych postaci – poprzez zamalowanie twarzy na biało – nie jest może i niczym oryginalnym, ale trzeba wiedzieć, kiedy taki prosty środek dopełnia całości. Daria Shamina to wiedziała.

Jednak myśl, a raczej pytanie, które najczęściej powracało do mnie w trakcie tego przedstawienia to dlaczego mamy tak mało naszych klas? Dlaczego jest tak mało inscenizacji tego przecież jednego z najważniejszych dramatów, jakie napisano w języku polskim w ostatnich kilkunastu latach? Dlaczego nie ma innych, podobnych tekstów? Jestem głęboko przekonany, że powinniśmy się nimi walić w głowę jak najmocniej i możliwie jak najczęściej. Aż do krwi. Żeby nie zapominać, co jest przecież takie łatwe i co zresztą dzieje się cały czas. I dlatego też na dzieło rosyjskich artystów patrzyłem w dużej mierze po prostu z zazdrością.

Jan Karow