Ślepcy

O spektaklu „Wojna” z Uniwersytetu Michigan – Wydział Dramatu i Teatru pisze Anna Bajek
Ślepcy

Żyliśmy tak długo w ciemnościach, że nie widzimy już światła” – pada w pewnym momencie spektaklu „Wojna” w reżyserii Malcolma Tulipa. Wojna uczyniła dysfunkcyjnymi wszystkich bohaterów dramatu Larsa Noréna, nie tylko Ojca (Ryan Rosenheim), który po latach wraca do domu oślepiony. Utratę wzroku można odczytać metaforycznie – mężczyzna zobaczył tyle okrucieństw, że został mu odebrany jeden ze zmysłów; utracił część wrażliwości i nigdy nie będzie mógł spojrzeć na świat tak jak wcześniej. To on doświadczył wojny mocniej niż inne postaci – wraca z linii frontu. Jest też dosłowną ilustracją powyższego cytatu, który w przenośny sposób opisuje członków jego rodziny. Ślepota Ojca to permanentny znak wojny, która zagarnęła wszystko, okryła ciemnością i nigdy się nie skończy. Jej wpływ na ludzkie życia będzie odczuwalny przez kolejne pokolenia i zmieni sposób oglądu rzeczywistości. I, abstrahując od amerykańskiego przedstawienia, ślepców przybywa – jak podawał Instytut Badania Przyczyn Wojny Uniwersytetu Hamburga, w 2010 roku toczyły się trzydzieści dwie wojny i konflikty zbrojne.

Propozycja studentów aktorstwa z Uniwersytetu Michigan w zasadzie mówi o każdej z tych trzydziestu dwóch wojen, każdej minionej i każdej nadchodzącej. Akcja toczy się w zniszczonym przez wojnę kraju, który nie został nazwany i nie znamy szczegółów ani przyczyn konfliktu zbrojnego. Historia jest uniwersalna i ogólnikowa, dzieje się poza czasem. Jak Semira (Lauren Balon) porównuje swój los do przeżyć Żydówki podczas II wojny światowej, bohaterki książki, którą czyta, tak można zobaczyć w fabule odbicie sytuacji spowodowanej dowolnym konfliktem. Najważniejszy zwrot akcji w dramacie Noréna przypomina osnowę filmu „Bracia” Jima Sheridana, chociaż nie jest tak pogłębiony psychologicznie, jak w filmowym obrazie. U Sheridana żołnierz walczący w Afganistanie powraca do domu. Był uznany za zmarłego i w czasie jego nieobecności żona związała się z młodszym bratem męża.

Podobnie jest w kameralnym spektaklu Tulipa, rozpisanym na piątkę młodych aktorów, z tym że na scenie nie obserwujemy rozpoznania – Ojciec nie dowiaduje się o związku Matki (Lila Hood) z jego bratem Ivanem (Aaron Huey). Ślepota uniemożliwia mu odkrycie tajemnicy, która jest skrzętnie maskowana przez żonę. Wokół sekretu rozpisana jest cała struktura dramatu – Ojciec nie może poznać prawdy. Sporą część tekstu stanowi też historia i charakter rodziny, którą jeszcze przed powrotem Ojca tworzyła Matka i dwie córki – Semira oraz Beenina (Zoey Bond). Postaci dwóch dziewczyn kontrastują ze sobą. Pierwsza nie odnajduje się w świecie, jest niedojrzała, a druga to pragnąca wyrwać się z miasteczka prostytutka. Jakiś utopijny i nieosiągalny znak lepszego świata stanowi dla postaci Disneyland oraz Niemcy, kontrastujące z głodem i biedą, jakiej doznają. Tutaj wszystko zostało skażone – gwałt dokonany na kobietach przez sąsiada to prawdopodobnie jeden z wielu podobnych epizodów. Nawet gdy Matka wraz z Ivanem i córkami próbują stąd uciec, zostawiając kalekiego Ojca, symbol wojny za sobą – rozbłyskają światła nad widzami i słychać huk. To zarazem koniec przedstawienia. Próba wyrwania się z tego świata została zniweczona.

Chociaż „Wojna” nie ma nowatorskiej formy, ani fabuły i jest raczej ogólnikową przypowieścią, to spektakl stoi dobrym aktorstwem. Przedstawienie ogląda się z bliska, widzowie okalają niewielkie pole gry – ten zabieg jest kluczowy dla odbioru. Studenci grają wobec siebie, cały czas w interakcji i żywiołowo. Trudno jest wyłonić tu rolę przewodnią i kogoś wyróżnić, jednak najbardziej intryguje Ryan Rosenheim jako Ojciec, tworzący przekornie postać być może najtragiczniejszą, ale też tą, której trudno współczuć.

Wojna, fot. Bartek Warzecha