Poezja deficytu, magia nadmiaru
O spektaklu „Projekt zero: WITZELSUCHT” z Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie pisze Agata Tomasiewicz

Poezja deficytu, magia nadmiaru

Nie obowiązuje już kategoryczny podział ciało-umysł. Soma i psyche stały się nierozerwalną całością. Poznanie przestało być domeną umysłu; ciało zaczęło być postrzegane jako równoprawne narzędzie epistemologiczne, jako zdolne do wydawania sądów poznawczych. W ujęciu Liwii Bargieł, zainspirowanej badaniami amerykańskiego neurologa Olivera Sacksa, czynnikiem różnicującym sposób odbierania rzeczywistości są rozmaite zaburzenia neurologiczne, wpisujące się w specyficznie pojmowane kategorie deficytu i nadmiarowości. Brak określonych kompetencji poznawczych, choćby postrzegania całościowego czy myślenia abstrakcyjnego, bywa rekompensowany przez zdumiewające umiejętności chorych.

W programie spektaklu zamieszczono opisy poszczególnych agnozji, czyli sklasyfikowanych zaburzeń dotyczących rozpoznawania komponentów otaczającego świata. W takim kontekście działania każdego z aktorów przeradzają się w teatralizację medycznego przypadku. Można próbować przyporządkować poszczególne opisy do konkretnych działań scenicznych, ale nie jest to niezbędne do interpretacji całości. Spektakl stanowi bowiem bardziej luźną wariację na określony temat niż ilustrację wypisów z podręcznika neuropsychiatrii. Nie warto dokonywać skrupulatnego wyodrębniania poszczególnych przypadków – granice między nimi są stosunkowo płynne.

Płynne są również przejścia między momentami gry zespołowej a chwilami rozbicia, w trakcie których każdy z performerów zdaje się być owładnięty dyktatem własnej cielesności. Na początku oczom publiczności ukazuje się niespójny, wręcz pokiereszowany organizm – zespół wykonawców, choć zbity w pewną grupę, wykonuje indywidualny cykl ruchów. W każdym z aktorów drzemie osobisty wektor energetyczny, który wprawia ciało w ruch. Chwil dostrojenia, w czasie których grupa odnajduje swój wewnętrzny, dyktowany transową muzyką Aleksandra Kazimierczaka rytm, jest zaledwie kilka – jak w scenie, w której wykonawcy napierają na siebie barkami, łącząc się w doraźne zespoły, by naraz rozpaść się niczym wiązania elektronowe. „Witzelsucht” to przede wszystkim obraz ciał niezbornych i niekształtnych. Uderza w nim splątanie materii; ciało wykonawcy stapia się z szarością ubrań, kaptury bluz zakrywają twarze, kończyny tworzą dziwaczne konfiguracje. Brakuje integralności i harmonii. Właśnie takie obrazy wracają najczęściej w toku spektaklu. Ciała są odczuwalne zaledwie fragmentarycznie, bardziej jako suma składowych niż spójna całość.

Wrażenie rozpadu podkreślają projekcje autorstwa Marty Mielcarek – minimalistyczne, monochromatyczne kadry przedstawiają zbliżenia na kolejne części ciała: leniwie przesuwającą się dłoń, nerwowe ruchy gałki ocznej, zwielokrotnione ujęcie półotwartych ust czy wreszcie kadr ni to kalejdoskopowy, ni przywodzący na myśl obraz rozbitego zwierciadła.

Spektakl Bargieł ukazuje niestabilność granic cielesności i możliwości poznawczych jednostki. Stanowi wizualną historię ciał przedstawiających się zrazu jako wybrakowane, niespójne, zbuntowane, jednak ostatecznie przejawiające niespotykaną dyscyplinę. To właśnie owe (nie)idealne ciała konsekwentnie porządkują i interpretują przestrzeń wokół siebie. Poezja deficytu staje się, paradoksalnie, wartością dodaną, a magia nadmiaru – swoistą przypowieścią o mocy różnych możliwości poznawczych.

Witzelsucht, fot. Marta Ankiersztejn