Pod prąd

O spektaklu „Do DNA” z Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej im. Ludwika Solskiego w Krakowie pisze Jan Karow
Pod prąd

Rzadko się zdarza, że dyplom ze szkoły teatralnej – którego życie sceniczne nie jest przecież zbyt długie – otacza aura niezwykłości, wykraczająca daleko poza mury macierzystej uczelni. A jednak. Zaczęło się od trzech Ludwików – krakowskich nagród teatralnych. Potem był występ na Przeglądzie Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu, dalej nagroda indywidualna na czeskim festiwalu SETKÁNÍ/ENCOUNTER, w końcu kropka nad i – Grand Prix 35. Festiwalu Szkół Teatralnych w Łodzi. Ostatnio spektakl gościł nawet na festiwalu Wybrzeże Sztuki w Gdańsku, gdzie jak równy z równym został pokazany obok części najciekawszych przedstawień mijającego sezonu z teatrów repertuarowych. Wszędzie spektakl przyjmowany był owacyjnie, zbierał entuzjastyczne recenzje. Teraz „Do DNA” z krakowskiej PWST pojawiło się na iTSelFie i tutaj nie było inaczej. Jeszcze nie zdążyły dobrze zapalić się światła na widowni, a publiczność już poderwała się ze swoich miejsc do długich oklasków.

Trzy dziewczyny i dwóch chłopaków. A raczej: trzy dziewki i dwóch chłopów. Dominika Guzek, Agnieszka Kościelniak, Weronika Kowalska, Jan Marczewski i Łukasz Szczepanowski. Należy ich wszystkich wymienić, bo to oni sprawiają, że przedstawienie w tak niecodzienny sposób porywa widzów. Tylko czy przedstawienie to najtrafniejsze słowo? Może widowisko? A może nawet śpiewowisko? Bowiem w „Do DNA” wszystko podlega pieśniom. Nie ma praktycznie scen dialogowych. Utwory przechodzą jednego w drugi, nie układając się w żadną konkretną historię. Są przede wszystkim o tym, o czym człowiek opowiada od zawsze: o miłości lub jej braku. Powtarzają się imiona dominującej w ludowej kulturze pary, czyli Kaśki i Jaśka. W powietrzu daje się wyczuć ducha Mickiewicza, Słowackiego, Wyspiańskiego – naszych największych autorów, którzy tak chętnie czerpali z polskiej ludowości. Tu jednak jesteśmy jeszcze bliżej tytułowego dna polskiej kultury, jej najgłębszych korzeni, ponieważ teksty pochodzą ze zbiorów Oskara Kolberga, działającego w XIX wieku niestrudzonego zbieracza polskich melodii, i ks. Władysława Skierkowskiego. To wszystko sprawia, że czujemy się w tym świecie w jakiś przedziwny sposób swobodnie. Wszystko jest znajome. Wszystko jest nasze. I nawet ktoś, kto nie przepada za tak zwanym folklorem, nie może odmówić, że Ewie Kaim (reżyseria i scenariusz) i Włodzimierzowi Szturcowi (dramaturgia) udało się dotrzeć do wspólnego rdzenia.

Mimo takiego przesycenia ludowością nie ma się bynajmniej poczucia zwiedzania skansenu. Wręcz przeciwnie. Aktorzy w choreografiach Maćko Prusaka częściej wyglądają jak ze współczesnego klubu niż wiejskiej potańcówki. Zaprojektowane przez Mirka Kaczmarka stroje to ciekawa mieszanka tradycji (motywy kwiatowe, korale, białe koszule) z nowoczesnością (błyszczące materiały, wyraźne logo znanych marek odzieżowych). Podobnie jest w muzyce. Obecny na scenie Dawid Sulej Rudnicki niczego tu nie rekonstruuje. Mimo że sam gra na ludowym basie i fortepianie, to nie boi się septymowych akordów, nadających niektórym pieśniom niemal jazzowego charakteru. Muzykalność aktorów – poza różnymi rodzajami śpiewu – zostaje wykorzystana także w grze na instrumentach. Są skrzypce, bębny, ale i odległe nam cajóny. Nieważne, czy ktoś występuje solo, w duecie, w kwartecie, czy jako chór. Wszystko gra i buczy dokładnie tak, jak powinno.

Kilkadziesiąt pieśni, parę instrumentów i zaledwie piątka aktorów – tyle wystarczyło, żeby wypełnić po sufit i tak już przepełnioną widownię Teatru Syrena, kończąc tym samym konkursowe zmagania iTSelF-u.

Do DNA, fot. Bartek Warzecha