Da nobis patientia

O spektaklu „Hohohoho” z Uniwersytetu Erazma w Brukseli – Królewskiego Instytutu Teatru, Filmu i Sztuk Audiowizualnych pisze Paulina Uryszek
Da nobis patientia

Duża scena i tylko czwórka aktorów. Cisza, marazm, oczekiwanie. Belgijski spektakl to prawdziwe wyzwanie dla cierpliwości widzów.

Przez półtorej godziny pada zaledwie kilka zdań, nietłumaczonych z powodu improwizowanego charakteru spektaklu. Także zrozumieć co dzieje się na scenie możemy wyłącznie poprzez obserwację. Jakbyśmy oglądali zwierzęta w klatce. Widzimy skromne obozowisko – to baza wojskową, jak wskazują ubrania bohaterów. Są tu od długiego czasu. Tak długiego, że już nikomu nie chce się udawać, że jest normalnie. Tak długiego, że już nie wspomina się domu, nie chce się grać w karty ani próbować rozmawiać. Po prostu czekamy, nie zabijamy czasu, tylko patrzymy jak czas zabija nas.

Wystawienie tego rodzaju spektaklu to akt sporej odwagi. Nie każdy docenia oryginalność, a ogromna rzesza widzów nigdy nie pogodzi się z opowiadaniem historii bez fabuły.
Lecz zawsze, gdy pozbawiamy dzieło jakiś elementów, reszta staje się wyraźniejsza. Fascynująco jest oglądać relacje panujące w tej małej grupie, złożonej ze skrajnie różnych osobowości. Nie każdy radzi sobie dostatecznie z panującą sytuacją. Mamy na przykład typowego lidera grupy, może formalnego, na zasadzie stopnia wojskowego, a może wyodrębnionego w sposób naturalny. Trzyma pieczę nad załogą i to poczucie odpowiedzialności sprawia, że najlepiej radzi sobie z szaleństwem. Choć jemu również zdarza się tracić nad sobą panowanie. Kontrastuje z nim tajemniczy osobnik w kominiarce, wyraźnie wyalienowany od reszty, z objawami zaburzeń psychicznych. Usilnie próbuje uciec, jednak uciekać nie ma dokąd.

Tak wyraźne postaci, na których izolacja wymusiła stworzenie mikro społeczności i hierarchii, sprawiają, że aktorzy nie potrzebują z góry ustalonego scenariusza, lecz mogą na poczekaniu zbudować między sobą interesujące sytuacje. Trzeba przyznać, że nie da się podrobić dziwnej atmosfery realności panującej podczas improwizacji.
A zgranie zespołu Uniwersytetu Erazma jest godne podziwu. Świetnie współgrają na scenie, nie tracąc ani na moment poczucia swojej osoby względem innych aktorów. Efekt takiej czystości przekazu i skupienia z pewnością wymagał wiele pracy.

Powstaje pytanie o cel przyświecający czwórce żołnierzy, na które spektakl nie daje nam zbyt wielu odpowiedzi. Jedną z ich aktywności jest trzymanie warty, lecz szybko okazuje się, że nie jest to żaden ważny obowiązek. Wartujący zmieniają się przypadkowo, a czasem całkiem porzucają stanowisko. Wszystko wskazuje na to, ze jest to jedynie czynność, która daje im jakieś złudne poczucie sensu. Podejmują go osoby, które najbliższe są załamania. Jest to dla nich rodzaj przyjemności, o który nawet walczą. Byle by nie wrócić do krępującego, bezideowego nicnierobienia.

Jest jednak coś, co buduje cel spektaklu. Jedyny powtarzalny, istotny dla postaci element, który nadaje pewien rytm przedstawieniu – to czas ćwiczeń. Na chwilę coś się zmienia. Na scenie nastaje jasność. Wspólna praca ożywia zespół. Powszechny marazm ustępuje całkowitej koncentracji. Tutaj słyszymy tytułowe „HO!” cztery razy, powtórzone przez każdego z uczestników. Bo mimo wszystko, w tym momencie są jedną drużyną. I muszą ćwiczyć! Muszą ćwiczyć, by być gotowi! Bo to przecież tylko okres przejściowy, prawda? W końcu nastanie ten moment, na który tak długo już tu czekają. Dlatego ćwiczą z największym zaangażowaniem, na jakie ich stać. Ale ćwiczenia się kończą, światło znowu przygasa. Kolejny raz żołnierze wychodzą z transu i niechętnie rozchodzą się w puste kąty bazy. Aż do następnego dzwonka zwiastującego czas ćwiczeń. Tak szykują się na nadejście wroga, który nie istnieje.

Hohohoho, fot. Marta Ankiersztejn