Młodzi gniewni albo The Debil Inside Him
O spektaklu „Diabeł, który…” z Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej im. Leona Schillera w Łodzi pisze Paulina Uryszek

Młodzi gniewni albo The Debil Inside Him

Scenę otaczają liturgiczne świece, w uszach raz po raz wybrzmiewa kościelny dzwonek. Oto znajdujemy się w małej wsi, która przed obcymi zamyka drzwi i umysły. Czas akcji – gdy jeszcze nie istniało słowo psycholog, a wszystkie dolegliwości nerwowe u dzieci diagnozowano jako „debil, ale pasem da się nauczyć”.

Nie oznacza to bynajmniej, że zobaczymy teraz identyczny sznur postaci, z których indoktrynacja religijna uczyniła bezrozumnych zombie. Studentki i studenci łódzkiej Filmówki doskonale wiedzą, że żaden człowiek nie jest jednowymiarowy i każde z nich wykonało ogromną pracę nad swoją rolą. Postaci, które widzimy na scenie są głęboko przemyślane i zindywidualizowane. Ich osobowości ścierają się ze sobą właściwie bez ustanku, co naturalnie mocno angażuje widza.

Olbrzymie napięcie tworzone przez aktorów nie pozwala odetchnąć ani na chwilę. Jest to aż nazbyt męczące. Jedynymi momentami, w których widz może odpocząć nieco od intensywności akcji są towarzyszące poszczególnym scenom nagrania z prób. Każda aktorka i aktor mówi parę słów o swojej roli i o tym czego się obawia przy jej realizacji. Możemy zobaczyć zespół pracujący na scenie, ale też bawiący się podczas przerwy. Ciekawy pomysł na pokazanie pracy od podszewki. W końcu spektakl, poza wizją artystyczną, jest też ich dyplomem, szansą na pokazanie się przyszłym pracodawcom.

Na uwagę zasługują również oryginalne muzyczne wstawki. „Diabeł, który…” rozpoczyna się rytmiczną, mistyczną pieśnią. Niektórzy grający mają okazję zaprezentować swoje głosy w piosenkach wplecionych w fabułę spektaklu. Jak podczas wzruszającej sceny matki z synem, która została dopisana do oryginalnej historii przez reżysera. Udanej reinterpretacji dramatu przez Mariusza Grzegorzka udaje się tchnąć w tę opowieść nowe życie. Zaślepienie przez religię. Brak akceptacji dla inności, nawet w obrębie najbliższej rodziny. Przemoc psychiczna w domu. Wykluczenie społeczne, tutaj zarówno chorego chłopaka, jak i młodej dziewczyny, która spodziewa się dziecka. Pytania o duszę, moralność, wartości. Są to nieprzemijające problemy, które obecne są i teraz i które umiejętnie wydobyto z dramatu.

A historia jest przejmująca. Ostatecznie nie jesteśmy w stanie odpowiedzieć na pytanie: kim jest Huw, główny bohater? Tylko nadwrażliwym, niezrozumiałym i chorym poetą? A może jednak niebezpiecznym wariatem, którego nie sposób jest ucywilizować? I przede wszystkim – gdzie gnieździ się to przerażające zło? Tutaj nikt nie jest bez winy. Panujący niepodzielnie nad wsią pastor. Chłopiec, którym targają instynkty i żądze. Ojcieccholeryk uciekający od rzeczywistości i problemów domowych w dewocyjną duchowość i pracę. Do ostatniej chwili nie potrafiąca stawić czoła mężowi matka, jedynie wyżywająca się na służbie. Wreszcie sama ofiara morderstwa, którą zgubiła własna próżność.

Ten spektakl to wielka wojna ideałów, którą grający studenci potrafią oddać z porażającą energią. Spalają się na scenie bez reszty, za co należą im się zasłużone brawa, choć powtarzalność środków aktorskich bywała nieco nużąca. Jest to jednak drobny zarzut wobec wykonania, gdyż ten emocjonalny dramat został wystawiony tak szalenie i buntowniczo jak tylko mogłoby marzyć pokolenie młodych gniewnych.

Diabeł, który…, fot. Anita Andrzejczak