Świąteczne kobiety albo żony boleści

O spektaklu „Psy” z Państwowej Wyższej Szkoły Sztuki Dramatycznej w Limie pisze Karol Adamowicz
Świąteczne kobiety albo żony boleści

Psy” mogą wydawać się prostą historią, zakorzenioną w tradycji rdzennych mieszkańców Ameryki Łacińskiej. Ludowe stroje, śpiewy, demony, typowa rodzina, wierzenia. W takim układzie byłaby to ilustracja, odtworzenie świata, którego już prawdopodobnie – nie wiem, bo nigdy w Meksyku nie byłem – nie ma. A jednak trudno oprzeć się wrażeniu, że na każdym kroku, w każdej minucie spektaklu dzieje się coś. bardzo znajomego, nawet dla widza zupełnie nieznającego kontekstu kulturowego. I nie chodzi tu o banalne kulturowe uniwersalia, ale o bardzo subtelne emocjonalne i intelektualne konteksty, które umożliwiają wgląd w postaci i w świat, który wydawać się może tak obcy i niedostępny.

Jest 29 września, święto świętego Michała Archanioła. Wśród śpiewów w języku nahuatl na górę wnoszony jest krzyż. Treść pieśni pozostaje przed widzami ukryta. Już ta pierwsza scena sygnalizuje jeden z możliwych obszarów interpretacji: napięcie między rdzenną kulturą Meksyku a obecnym tam od setek lat katolicyzmem. Aktorka wnosi krzyż z wizerunkiem świętego Michała – u stóp Archanioła można zobaczyć wota. Element świetnie nam znany. Po scenie co jakiś czas biegają demony. Ich ruchy, dzikie, wyuzdane, niebezpieczne, na pozór chaotyczne, są precyzyjnie przemyślaną choreografią. Świat duchowy nacechowany jest rozdarciem widocznym już w ruchu: statyczne chrześcijańskie tuptanie jest przeciwstawione dzikości i ekspresji duchów poprzedniego, ale wciąż obecnego w tradycji świata.

Inny dramat rozgrywa się w świecie całkowicie materialnym. To rozróżnienie nie jest całkiem zasadne. Jak u Mickiewicza, dwie sfery są w zasadzie nierozerwalną rzeczywistością. Ursula, córka, nie chce uprasować sukienki i iść na uroczystość. Miguela, matka, usilnie ją do tego nakłania. I tak są, jak panny nieroztropne, spóźnione. To ostatnia chwila, żeby wyjść, cała społeczność jest już w drodze. Ociąganie się Ursuli wynika jednak ze strachu. Z jej ust pada chyba najważniejsze pytanie tego spektaklu: „A mama nigdy się nie bała?”. Jak pokazuje dalszy przebieg historii – bała się. Antonio Rosalesie dopadł i pokazał, cytując jego własne słowa, co to jest zhańbiona kobieta. Ten obraz kobiet żyjących w strachu przed demoniczną, męską opresją jest tym elementem świata przedstawionego, który nadaje mu złożoność.

Psy” to opowieść o wspólnocie pokoleń. O tym, że los może się powtarzać zupełnie tak samo, jak święta w kalendarzu liturgicznym, ale też o tym, że z tej wspólnoty może płynąć sprzeciw i opór, które czają się w strachu. Jak mówi Miguela: “Losu się nie dziedziczy, gdy się go nie wymawia”.

Psy, fot. Marta Ankiersztejn