(Nie)codzienność

O spektaklu „Rodziny” z Uniwersytetu „Lucjan Blaga” w Sibiu – Wydział Dramatu i Teatru pisze Anna Bajek
(Nie)codzienność

Punktem wyjścia do stworzenia spektaklu „Rodziny” w reżyserii Eugena Jebeleanu mogło być pytanie o definicję tytułowego słowa. Na ile jest pojemne? Jak będzie rozumiało je dziecko rozwiedzionych rodziców? Dlaczego prawo zabrania homoseksualnej parze stworzenie rodziny poprzez adopcję? Kim są dla siebie dzieci, których rodzice po rozwodzie związali się z nowymi partnerami?

Mniej oczywiste relacje przedstawiane są w codziennych scenach z życia. Ich bohaterowie próbują pogodzić się ze śmiercią bliskiej osoby, wygrać z alkoholizmem, stawić czoła szykanom ze strony otoczenia. Bezimienne postaci są z jednej strony bardzo uniwersalne, można łatwo się z nimi utożsamić, a z drugiej nie brakuje im charakterystyczności. Pomimo, że kolejne epizody są dość krótkie, relacje między bohaterami rozgrywają się w sposób przekonywujący, szczególnie dialogi rodzeństwa, któremu zmarła matka, a ojciec choruje. W jednej ze scen kobieta opowiada o swoim nałogu, obrzydzeniu, które napawa ją, gdy patrzy w lustro i pragnieniu rozpoczęcia nowego życia. W trakcie monologu robi przerwy, by zadać ojcu błahe pytania, na przykład: jak posłodzić herbatę? Te pozornie nieistotne elementy przenikają się tu z kwestiami zasadniczymi. Scena walki geja o adopcję dziecka, zderzającego się z ograniczeniami systemu, zapada w pamięć równie dobrze jak ta, w której inny mężczyzna opowiada o stosowanej przez niego najnowszej diecie. Dzięki tak umiejętnemu zbalansowaniu najzwyklejszej codzienności z chwilami, którym towarzyszą silne emocje i wstrząsy, udaje się uzyskać wrażenie autentyczności. Akcenty w sekwencjach zostały rozłożone tak, że i jedne, i drugie są potrzebne w strukturze dramaturgicznej spektaklu. Nie ma tu samych dramatów, a jak już się pojawiają, to nie towarzyszy im nadekspresja w grze aktorskiej. Natomiast przyziemne problemy nie umykają przy tak zakomponowanej całości.

Dla przedstawiania i gry aktorskiej symptomatyczna jest statyczność – poza zamykającą, żywiołową, muzyczną sceną – a także rozgrywanie epizodów trochę na chłodno. Część tekstów podawana jest w stronę publiczności, a nie do scenicznego partnera, co wzmaga poczucie zdystansowania, ale również zapobiega wkradnięciu się karykaturalności. Oszczędność w korzystaniu ze środków odbija się również w scenografii – to proste, białe, pionowe rolety okalające scenę, rozsuwane trzykrotnie, na rozpoczęcie każdej z trzech części przedstawienia. Ten podział nie wnosi jednak wiele – historie kilku rodzin przenikają się przez cały spektakl, a części nie kontrastują ze sobą pod względem treści. Trójpodział wydaje mi się zabiegiem czysto formalnym, prawdopodobnie porządkującym po prostu budowę (i tak już dobrze złożonej) całości. Broni się jednak zakończenie jednej z części – melancholijne wykonanie utworu „Mad World” Gary’ego Jules’a. Zagadkowy jest natomiast sam początek rumuńskiej realizacji, gdy przytoczony został opis wybuchu wulkanu w Pompejach – trudno znaleźć punkt wspólny tego wydarzenia i następujących później scen.

Rodziny, fot. Marta Ankiersztejn