Fucktywizm
O spektaklu „Strangers in Paradise” z Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie – Wydział Reżyserii pisze Piotr Piotrowicz

Fucktywizm

Zaczyna się energetycznie i radośnie. Rytmiczne dźwięki bębna, gitary i tamburynu. Aktorzy muzykują, tańczą, śpiewają i wykrzykują hasła „Fuck for forest!” czy „Touch and be touched!”. Niektórzy wychodzą z kameralnej przestrzeni gry i zapraszają widzów do zajęcia miejsc. Uśmiechają się. Podają im ręce. Pytają o imię i dziękują za przybycie. Proszą, by młodsi usiedli na podłodze, starszym proponują miejsca na krzesłach. Ich wygląd przywodzi na myśl jaskrawe wyobrażenia o członkach ruchu kontrkultury lat sześćdziesiątych skrzyżowanych z współczesnymi hipsterami mieszkającymi w squacie. Niebawem z monologu jednej z dwóch aktorek dowiemy się, że ubiera się tylko w to, co inni ludzie postanowili wyrzucić. A w zasadzie to woli chodzić nago, bo wszystko, co na siebie zakładamy i czym się otaczamy, jest sztuczne. Ciało zaś to być może ostatni dostępny nam przyczółek naturalności.

Ale gdzie się właściwe się znajdujemy? Otóż zostajemy wrzuceni w sytuację żywiołowego zgromadzenia zorganizowanego przez członków organizacji „Fuck for forest”, zajmującej się zbieraniem funduszy na działania ekologiczne. Jak to robią? Żyjąc w komunie i kręcąc filmy pornograficzne z własnym udziałem, które następnie sprzedają w Internecie. Proste i dochodowe.

Do tego prawdziwe, inspiracją dla powstania spektaklu Darii Kopiec był bowiem film dokumentalny „Fuck for forest” Michała Marczaka, opowiadający o ekstrawaganckich działaniach fucktywistów tworzących tę grupę. Co ich napędza? Jak sami mówią, chęć ocalenia ginącego środowiska naturalnego, a także powrotu do tego, co naturalne – wykroczenia poza narzucone nam przez społeczeństwo normy i wyobrażenia, krępujące nasze działania, uczucia i – przede wszystkim – ciała.

Jak widać, bohaterowie „Strangers in paradise” to pogrobowcy idei przyświecających niegdyś ruchowi hipisowskiemu. Są więc wystawieni na wszystkie zagrożenia czyhające niegdyś na ich poprzedników. Zarówno te ideowe, jak i osobiste. Nieustanna bliskość bywa tak ekscytująca, jak niebezpieczna. Poprzez dynamiczne, niekiedy na wpół improwizowane monologi, piosenki i dialogi – rytmizowane przez działania fizyczne oraz nieomal niemilknące odgłosy bębna – komunardzi wprowadzają nas w intymną dynamikę swojej grupy.

Jednak ciepły wizerunek i przyjazna atmosfera zbudowana w pierwszych kilkunastu minutach dość szybko pryska. Nad ideałem wolnej miłości w słusznej sprawie górę bierze zazdrość. Hasło powszechnej wolności zostają zastąpione twardym podziałem w myśl zasady, „kto nie jest z nami, jest przeciw nam”. Seks niekoniecznie okazuje się tożsamy z miłością. Nie są to rozpoznania nowe. Jednakże dzięki zaangażowaniu aktorów i sprawnej reżyserii brzmią świeżo i ważko. Desperacja zastępuje entuzjazm. Gorycz przyjemność. A od idealistycznego aktywizmu okazuje się niedaleko do terroryzmu. Wspólnota się rozpada.

Strangers in Paradise, fot. Marta Ankiersztejn